36 rzeczy, które dziwią (Polaka) w USA

Póki czekam na feedback od potencjalnych i nowych czytelników dotyczący kolejności tematów do poruszenia na blogu pomyślałem, że mogę opisać na szybko kilkanaście rzeczy, które zdziwiły mnie w USA, albo są inne niż myślałem. Szybko miałem ponad 20 takich rzeczy, więc dobiłem już do 36 na 36 miesięcy bycia tu :). I tak powstała lista 36 rzeczy, które dziwią Polaka w USA. Oto ona:

36 rzeczy, które zdziwiły mnie w USA:

  1. Na Zieloną Kartę czeka się wg wszystkich kilka lat (i to prawda), ale są legalne sposoby, żeby dostać Green Card w mniej niż 15 dni (gwarantowane i sprawdzone).

  2. W Stanach nie ma dowodów. Prawo jazdy (Driver License) to tzw. ID, które służy jako dowód.

  3. Prawo jazdy robi się… we własnym samochodzie, którym trzeba przyjechać do urzędu na egzamin. Egzamin teoretyczny robi się wcześniej prywatnie, w jakiejś firmie.

  4. ID sprawdzane jest zawsze przy zakupie alkoholu. Nie ma opcji kupić alkoholu, albo wejść do klubu, nie mając 21 lat, niezależnie od tego, że „widać, że masz więcej lat”.

  5. Odkryłem od razu lukę, która mnie super zaciekawiła i którą potwierdziłem z policjantami tu – do klubów mogą wchodzić tylko osoby powyżej 21 lat, ale tańczyć na rurze (i grać w porno) można od 18 lat. Dlatego tancerki na rurze w klubach znajdują się w luce prawnej – mogą wejść do pracy, ale nie wolno im przebywać w danym klubie i nie mogą przebywać przy barach, bo może je zgarnąć i ochrona, i policja, jeśli są między 18 a 21 lat :-).

  6. Wg Census Bureau tylko 42% Amerykanów ma paszport (w 2017 tylko 27%).

  7. Rezydentem USA jest się od momentu wjazdu do USA z Zieloną Kartą, a nie od momentu uzyskania Zielonej Karty. Szkoda, że ja tego nie wiedziałem…

  8. Przy pierwszym wjeździe do USA z Zieloną Kartą trzeba mieć ze sobą wyniki mnóstwa badań i szczepień.

  9. W zależności od rodzaju Zielonej Karty ludzie są zupełnie inaczej traktowani na granicy, zarówno przy pierwszym wjeździe, jak i kolejnych (oczywiście oficjalnie każdy jest traktowany równo, ale to bzdura 😉 ).

  10. Podczas kupowania domu nie widzisz się z poprzednim właścicielem (chyba, że chcesz i się zgodzi), a przelew zawsze robiony jest na escrow.

  11. Odebranie przelewu bankowego kosztuje od 15 do 30 USD, w zależności od banku (wysłanie też kosztuje 😉 )

  12. Mimo, że w USA możesz przelać komuś kasę na konto w każdym banku w mniej niż 5 sekund, ludzie ciągle używają papierowych czeków.

  13. Tutaj zamiast „płacić komuś na konto”, dajesz jej / jemu numer swojego konta, żeby sobie pobrał (ACH)

  14. Wiarygodność kredytowa (Credit Score) to najważniejsza i jedyna ocena statusu finansowego rezydenta i obywatela USA – od Credit Score’u zależą oprocentowanie kredytu, długość terminu spłaty, limit kart kredytowych, wysokość leasingu itd.

  15. Do Credit Score kompletnie nie liczy się posiadany majątek, tylko liczba kart kredytowych, liczba terminowych spłat, liczba zapytań o nowe karty i procent miesięcznego wykorzystania limitu w sumie.

  16. Karty kredytowe dostajesz wszędzie i od każdego, a nikt nie sprawdza Twojej zdolności przed ich wydaniem – ja dostałem pierwszego AmEx’a, wchodząc do Universal Studios w Orlando. Od razu miałem limit 5000 USD i darmowe bilety do parku…

  17. Ta czerwona „flaga” na skrzynkach pocztowych służy do tego, żeby ją podnieść, kiedy chcesz wysłać list, a nie do tego, żeby listonosz dał znać, że masz list ;). Nie idziesz na pocztę – po prostu wkładasz listy do wysłania, podnosisz tą flagę na skrzynce i poczta zabiera wtedy listy.

  18. Wszyscy tu gwarantują zwrot pieniędzy (money back guarantee) i piszą o satysfakcji (NPS’y i inne), ale spróbuj odzyskać kasę z takiej firmy… Nie ma opcji, bo zawsze jest jakiś „haczyk”.

  19. Za to w większości sklepów kupione rzeczy można oddać bez pytań 30 do 90 dni, nawet jeśli mają ślady używania.

  20. Kiedy robisz zwrot zakupów internetowych, sklep oddaje kasę od razu w momencie kliknięcia guzika na stronie i później wierzy Ci, że te rzeczy odeślesz.

  21. Odsyłanie rzeczy kupionych przez internet polega na wystawieniu ich przed drzwi, a w ciągu dnia przyjeżdża po nie FedEx, albo UPS. Wszystko odbywa się w oparciu o zaufanie.

  22. Większość sklepów robi price match – czyli jeśli jesteś w sklepie, ale ten sam produkt znajdziesz w internecie / innym sklepie taniej i to udowodnisz (pokazując na telefonie), sklep sprzeda Ci produkt po tej tańszej cenie.

  23. W USA opieka zdrowotna jest oczywiście płatna i każdy musi mieć prywatne ubezpieczenie.

  24. Prywatne ubezpieczenie zdrowotne nie oznacza, że nic nie trzeba płacić za wizyty! I tak trzeba płacić do określonej wysokości w każdym roku, zależnie od ubezpieczenia, od 600 USD do 9800 USD rocznie. Dopiero po przekroczeniu tych kwot ubezpieczyciel zaczyna „dopłacać”.

  25. W USA, przynajmniej na Florydzie, parki są płatne – poza tymi „turystycznymi” jak Central Park w NYC, większość parków ma albo opłaty jednorazowe, albo roczne abonamenty.

  26. W USA każdy ma na wszystko ubezpieczenie (dom, odpowiedzialność, samochód, pies itd). a ubezpieczyciele i tak nie wypłacają ponad 63% claim’ów rocznie. A nawet, jak Ci wypłacą, to w kolejnym roku większość firm nie będzie Cię już chciała ubezpieczyć i trzeba brać „niszowe, drogie firmy”.

  27. Jeśli robisz urodziny dla dziecka i wykupiłeś ubezpieczenie do 8 dzieci, to jak pojawi się 9-te dziecko i coś się stanie, rodzice dowolnego innego dziecka się z Tobą pożegnają jakby nigdy nic, ale w ciągu max. 3 dni dostaniesz pismo od ich prawnika o odszkodowanie (realny case).

  28. W USA wszyscy w sklepach są super mili i gadają jak super, że Cię widzą, ale spróbuj powiedzieć, że dany rozmiar Ci nie pasuje. Zobaczysz reakcję, jak muszą z grymasem na twarzy i komentarzem iść na zaplecze po kolejny egzemplarz.

  29. Dowolna porada prawna, albo podatkowa kosztuje od 250 USD do 1000 USD za godzinę, płatne z góry.

  30. Za każdą usługę profesjonalną płaci się „retainer” w wysokości 10-30%, a więc opłatę z góry. Po 3 latach już wiem dlaczego – klient jest niezadowolony z 9 na 10 usług (jakość jest gówniana co najwyżej i dotyczy to wszystkiego).

  31. W każdym większym sklepie spożywczym, który ma odżywki / suplementy (Walmart, CVS, Rite, Walgreens) można… się zaszczepić na grypę i kilka innych rzeczy od ręki.

  32. „Dobry” samochód (często marzenia Polaków) typu Chevrolet Corvette, czy Ford Mustang kosztuje tu między 19000 a 32000 USD. Corvette Z07 z silnikiem V12 to oczywiście raczej 70000 USD. Lamborghini, McLaren i Maserati to ok. 60% ceny w Polsce.

  33. W każdym salonie samochodowym jest na „stock’u” około 200-2500 samochodów gotowych do odbioru.

  34. Na Florydzie i w kilku innych stanach można na czerwonym skręcać w prawo i… w lewo, pod warunkiem, że wcześniej się zatrzyma.

  35. W Cheesecake Factory, Longhorn, Yard house (a więc sieciowych restauracjach) porcja dla jednej osoby ma między 1200 a 2700 kcal.

  36. Stany Zjednoczone Ameryki nie mają oficjalnego państwowego języka. Wiele osób myśli, że to angielski, ale to nieprawda.

I jedno bonusowe, super pozytywne zdziwienie:

Ten punkt jest szczególnie ważny teraz, bo dotyczy COVID-19 i podeścia Amerykanów i ludzi w USA do takich spraw, a także tego, jak szybko Amerykanie się adaptują do różnych sytuacji. Reakcje biznesów jest drastycznie różna od Polski…
Każdy sklep zaimplementował jednokierunkowe alejki (można iść w jedną stronę), dodatkowi pracownicy przecierają sanitizer’em każdy wózek i koszyk przed oddaniem, a kasy po każdym kliencie mają przecierane spray’em antywirusowym taśmy. O pleksiglass, szybach i naklejkach wydzielających 6 ft (2m) nawet nie wspominam.
Każda restauracja, zamiast się zamykać, w ciągu kilku dni uruchomiła tzw. curbside pick-up, czyli odbiór na parkingu. Po otwarciu, w większości restauracji sprawdzana jest temperatura kamerkami, każdy stolik po każdym kliencie dezynfekowany, a każde menu zostało zastąpione papierowymi, jednorazowymi wydrukami.


Zamiast się poddawać i zamykać, po prostu zmienili model biznesowy. A curb-side pick-up to absolutnie zajebista reakcja i model.


Dawajcie znać w komentarzach o tym, co chcecie się dowiedzieć, albo co zdziwiło Was w USA przy wizytach / pobycie.

Ten post ma 5 komentarzy

  1. Katarzyna

    Ja chcę wiedzieć coś o założeniu firmy w Stanach. Jestem z branży beauty, mieliśmy z mężem lecieć do Seattle, ale przez COVID nie polecieliśmy. Mąż pracuje w branży IT w tamtejszej firmie, ale tu z Polski. Ja natomiast chciałabym tam założyć salon makijażu. Jakie są realia zakładania działalności? Jak to wygląda z perspektywy Polaka. Czy mogę wykonywać usługi z domu czy raczej muszę wynajmować lokum?

    1. kuba

      Cześć Katarzyna,

      Dzięki za komentarz. Dobry temat na post i jak rozumiem, chcesz poczytać więcej – przygotuję coś takiego.
      A póki co odpowiedź tu:
      założenie i prowadzenie działalności to w USA pikuś. Totalna różnica w stosunku do Polski. Nieważne, czy chcesz DBA, czy sole-proprietorship, czy spółkę, to wszystko jest tak samo proste, a różni się jedynia raportowaniem.
      Jednak to nie w założeniu i w prowadzeniu działalności będzie wyzwanie. Wyzwaniem będzie pozyskanie klientów. Wiem, że jesteś z Polski, więc pewnie myślisz, ze wygrasz jakością. Od razu Ci powiem – nie wygrasz. I uwaga!!! Nie dlatego, że nie zaoferujesz większej – musiałabyś chyba przychodzić do pracy pijana i nie robić połowy, żeby zaoferować mniej. Chodzi o to, że tu wszystko jest „luxurious”, „executive”, „top notch”, „elite” (a szczególnie w Twojej branży). I w każdej plazie (takie centrum z parkingiem co kilka mil) są 2-3 salony beauty. Po wizycie mojej i znajomych wiem, że Polak może się tylko załamać. To budki jak z kebabem, w których niemycie narzędzi między klientami jest raczej normą póki nie zwrócisz uwagi. Oczywiście na drzwiach „Luxurious day spa”…
      I wszystkie one są „nation-wide” franczyzami, bo bez podpięcia się pod franczyzę założoną i zarządzaną centralnie (z budżetem na marketing) mały biznes usługowy tu nie ma żadnych szans.
      Możesz pomyśleć o jakiejś totalnej niszy (nie wiem, makijaż ślubny, cokolwiek jest niszą u Was), ale wtedy bez wydania kilkudziesięciu tysięcy USD na marketing (stale) nie uzyskasz przychodu, który uzasadni trzymanie takiej działalności.

      Nie mam zamiaru Cię zniechęcać i nie taka jest moja rola :). Ale odpowiadam na pytanie. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale w te 3 lata dużo tu przeszliśmy i spędziłem setki godzin na rozmowie ze znajomymi stąd (biznesy, etaty, restauracje, hoteliki), a także z profesjonalistami. I taka jest moja odpowiedź.

      Oczywiście są salony w Palm Beach, czy Beverly Hills, które „zarabiają miliony dolarów” (amerykański sen i tylko sen)i są „znane w całych Stanach”, ale to w większości tuzy założone kilkanaście lat temu i wspierane (założone) albo przez celebrytę, albo przez fundusz, który włożył w nie miliony dolarów. I jest ich kilka w całych Stanach. Reszta to franczyzowe „Super top luxurious spa”, które oferują to co wyżej i są co kilka mil.

      Pozdrawiam,
      Kuba

  2. Mariusz

    „Rezydentem USA jest się od momentu wjazdu do USA z Zieloną Kartą, a nie od momentu uzyskania Zielonej Karty. Szkoda, że ja tego nie wiedziałem…”

    Pewnie kiedyś to opiszesz, ale jak rozumiem dużo to zmienia – pytanie co? 🙂

    „Odebranie przelewu bankowego kosztuje od 15 do 30 USD, w zależności od banku (wysłanie też kosztuje 😉 )
    Mimo, że w USA możesz przelać komuś kasę na konto w każdym banku w mniej niż 5 sekund, ludzie ciągle używają papierowych czeków.
    Tutaj zamiast „płacić komuś na konto”, dajesz jej / jemu numer swojego konta, żeby sobie pobrał (ACH)”

    Generalnie IMHO cała bankowość USA jest daleko w tyle. Ich systemy bankowe/finansowe są jak ze „średniowiecza” 😉 Więc mamy powody do zadowolenia, że wchodziliśmy później na ten rynek jako Polska i mamy dużo lepsze systemy online w tym względzie 🙂

    „Ta czerwona „flaga” na skrzynkach pocztowych służy do tego, żeby ją podnieść, kiedy chcesz wysłać list, a nie do tego, żeby listonosz dał znać, że masz list ;). Nie idziesz na pocztę – po prostu wkładasz listy do wysłania, podnosisz tą flagę na skrzynce i poczta zabiera wtedy listy.”

    To jedna z fajniejszych rzeczy w USA – bo mnie coś zawsze trafia jak mam iść na pocztę wysłać cokolwiek. Dobrze, że chociaż są paczkomaty (choć też ich zasięg nie jest aż tak duży jak Poczty Polskiej…

    „Za każdą usługę profesjonalną płaci się „retainer” w wysokości 10-30%, a więc opłatę z góry. Po 3 latach już wiem dlaczego – klient jest niezadowolony z 9 na 10 usług (jakość jest gówniana co najwyżej i dotyczy to wszystkiego).”

    To chyba nic tylko dobry biznes robić, który będzie bazował na satysfakcji Klienta 🙂

    „Na Florydzie i w kilku innych stanach można na czerwonym skręcać w prawo i… w lewo, pod warunkiem, że wcześniej się zatrzyma.”

    No to jest bardzo fajne 🙂 Pewnie można by też dodać kwestię pierwszeństwa na skrzyżowaniach – czyli nie z prawej, ale… kto pierwszy 🙂 Dosyć szokujące na pierwszy raz, ale później całkiem przyjemne.

  3. Paweł

    Bardzo ciekawy wpis, natomiast należałoby „wyprostować” parę rzeczy:

    W stanach SĄ „dowody osobiste” – tzw. „State ID” – wydawane przez stan, nie urząd federalny. Wprawdzie nie wiem, czy każdy stan je wydaje, ale co najmniej kilka – owszem. Wyrobienie takiego dokumentu wymaga stawienia się w odpowiednim „urzędzie” (DMV w przypadku Pennsylvanii) z wnioskiem, opłatą (karta lub czek), dokumentami (paszport z wizą w przypadku osoby zza granicy, jak ja), numerem ubezpieczenia socjalnego (Social Security Number – oryginalna karta z numereM) i … dwiema sztukami korespondencji na adres, pod którym się „meldujemy!” To nie żart – zwykłe paczki z Amazon wystarczą, żeby potwierdzić miejsce zamieszkania!

    Co do robienia prawa jazdy – teoretyczny egzamin w wielu stanach zdaje się w tym samym ośrodku egzaminacyjnym, w którym robi się też praktykę. Prywatnie można sobie zrobic co najwyżej kurs (naukę) jazdy.

    Pozdrawiam!

    1. Kuba

      Paweł, dzięki za komentarz.
      O „State ID” nigdy nie słyszałem, ale wiem, że od lipca 2018 roku w USA obowiązują „Extended Driver License” (EDL), a więc biometryczne prawa jazdy. Rząd federalny dał jakiś czas stanom na dostosowanie się do tych wymogów i konieczności wydawania praw jazdy z biometrycznie zapisanymi danymi. Między innymi po to, żeby móc poruszać się między stanami i przechodzić odprawy na lotniskach (plus wlatywać do USA z kilku krajów).

      Z prawem jazdy na Florydzie jest tak, jak napisałem – zdaje się w firmie, która robi egzaminy „wszelakie” i dopiero z wydrukiem można umówić wizytę w DMV przez OASIS.

      Pozdrawiam gorąco i dzięki za przekazanie wiedzy!!!
      Kuba

Dodaj komentarz